Dalsze korzystanie z naszego serwisu internetowego oznacza, iż użytkownik akceptuje stosowanie plików cookies dostosowanych do indywidualnych preferencji użytkownika i pomagających przeprowadzić statystykę wizyt na stronie.

Mentions légales et conditions générales d'utilisation

Sidebar

Languages

Strona główna

assi

Dziennik: demistyfikacja kultury

 

 

« Im mądrzej, tym głupiej. »

« Nie zawsze jedzenie najbardziej smakuje w restauracjach pierwszej klasy. Do mnie zresztą prawie zawsze sztuka przemawia silniej gdy objawia się w sposób niedoskonały, przypadkowy i fragmentaryczny, niejako sygnalizując mi jedynie swoją obecność, pozwalając przeczuć siebie poza nieudolnością interpretacji. Wolę Szopena, dolatującego przez okno, na ulicy, niż Szopena ze wszystkimi szykanami na koncertowej estradzie.
Ten Niemiec-pianista galopował z towarzyszeniem orkiestry. Ukołysany tonami, błąkałem się w jakimś rozmarzeniu — wspomnienia — to znów sprawa, którą załatwić mam jutro — piesek Bumfili, foksterierek... Tymczasem koncert funkcjonował, pianista galopował. Byłże to pianista, czy koń? Byłbym przysięgał, że wcale tu nie idzie o Mozarta, tylko o to, czy ten rączy rumak weźmie w cuglach Horowitza lub Rubinsteina. Faceci i facetki tu obecni zaprzątnięci byli pytaniem: jakiej klasy jest ten wirtuoz, czy jego piana są na miarę Arrau, a jego forta na wysokości Guldy? Marzyło mi się więc, że to mecz bokserski i widziałem, jak on bocznym sierpowym pasażem zajechał Braiłowskiego, oktawami łupnął Giesekinga, trylem wymierzył knock-out Solomonowi. Pianista, koń, bokser? Wtem wydało mi się, że to bokser, który dosiadł Mozarta, jedzie na Mozarcie, tłukąc go i waląc w niego i bębniąc i kłując ostrogami. Co to? Dojechał do mety! Oklaski, oklaski, oklaski! Dżokej zsiadł z konia i kłaniał się, ocierając czoło chusteczką. »
Dziennik, 1953
« Dość już dzieł niewinnych, dzieł, które wchodzą w życie z minką jakby nie wiedziały że będą gwałcone tysiącem idiotycznych ocen; dość autorów, którzy udają, że ów gwałt dokonywany na nich przez sąd powierzchowny, byle jaki, jest czymś co nie jest w stanie ich dotknąć i czego nie należy dostrzegać. Dzieło, choćby zrodzone z najczystszej kontemplacji, powinno być tak napisane aby zapewnić autorowi przewagę w jego rozgrywce z ludźmi. Styl, który nie umie bronić się przed sądem ludzkim, który wydaje swego twórcę na pastwę byle kretyna, nie spełnia swojego najważniejszego zadania. Lecz obrona przed tymi opiniami jest możliwa tylko wtedy, gdy zdobędziemy się na pokorę i wyznamy, jak dalece są one dla nas ważne — nawet gdy pochodzą od głupca. Dlatego bezbronność sztuki wobec sądów ludzkich jest smutnym następstwem jej dumy: ach, ja jestem wyższy ponad to, ja liczę się tylko ze zdaniem rozumnych! Ale ta fikcja jest absurdalna, a prawdą jest właśnie, prawdą trudną i tragiczną, że sąd głupca także ma znaczenie, także nas stwarza, urabia nas od wewnątrz i od zewnątrz, pociąga za sobą daleko idące konsekwencje natury praktycznej i życiowej. »
Dziennik, 1954
« Aż w końcu dochodzisz do świętego zakątka, gdzie królu je ona, Gioconda! Witaj, Cyrce!... równie pracowita i zatrudniona, jak gdym cię oglądał ongiś, niezmordowanie przemieniająca ludzi, nie w świnie wprawdzie, a w cymbałowi. Przypomniało mi się przerażenie Schopenhauera na myśl o wieczystości mechanizmu, mocą którego jakieś tam żółwie wyłażą corocznie, od tysiącleci, z morza na jakąś tam wyspe żeby złożyć jaja — i corocznie zostają pożarte, po złożeniu jaj przez dzikie psy. Codziennie od pięciu wieków gromadzi się przed tym obrazem tłumek aby doznać kretyńskiego rozdziawienia gęby, ta sławna twarz codziennie ogłupia im twarze... pstryk! Amerykanin z aparatem fotograficznym. Inni uśmiechają się pobłażliwie w błogiej niewiedzy, że ich kulturalna pobłażliwość jest nie mniej głupia.
W ogóle głupota przewala się po salach Luwru. Jedno z najgłupszych miejsc świata. »
Dziennik, 1963
« Tu by szło o głupotę, postępującą w parze z rozumem, która z nim razem wzrasta. Spójrzcież na wszystkie festyny intelektu: te koncepcje! Te odkrycia! Perspektywy! Subtelności! Publikacje! Kongresy! Dyskusje! Instytuty! Uniwersytety! A jednak: głupio.[…]
Cóż więc? Skończyć na episteme, złapać ją za gardło, bić się z tym jak don Kiszot? Znowu? I jedno jest pewne: mój bunt znajdzie wydawców, komentatorów, czytelników, zostanie gładko wchłonięty przez mechanizm. Przecież nie ma nikogo w episteme, kto by nie był świadomy jej niedorzeczności i kto by, mimo to, nie był jej częścią składową. Trzeba by jakoś chytrze... może tak naiwnie, tak prostodusznie, żeby to stało się nieodparte... »
Dziennik, 1966